Subiektywnie

Dlaczego "Subiektywnie"?
Ponieważ w dziedzinie fotografii, z małymi wyjątkami, wszystko jest subiektywne.
Nasze zdjęcia postrzegamy subiektywnie, innych takoż.
Wysyłamy je na zawody fotograficzne, gdzie są oceniane przez subiektywne jury.
Podziwiając zdjęcia innych, swoje często obdarzamy żalem i pogardą, nawet nie wiedząc, że u innych potrafią one wzbudzać zachwyt.
Subiektywnie ironizujemy na temat czyichś dokonań, łagodząc w ten sposób swe frustracje.

Jedyne, co nie jest subiektywne, to sprzęt. Ten jest, albo dobry, albo prawdziwie nieudany.
Piszę "prawdziwie" ponieważ są aparaty, którymi dużo trzeba się "napracować", i nawet jeśli wdrapaliśmy się na wyżyny umiejętności fotograficznych, to i tak efekty tego są mizerne.
Są też modele naprawdę dobre, ale skutkiem nieumiejętnego używania, uznane za wadliwe.

Cokolwiek tu napiszę, również będzie ściśle subiektywne.
Oto moje prywatne mono forum, na którym będę wypisywał, co mi się żywnie podoba i nikt mi tego nie wytnie.
 

Ekstazy sprzętowe
Nerwica natręctw
Nonszalancja sprzętowa
To nie aparat robi zdjęcia
Ekstazy sprzętowe.

Każdy musi to przejść.
Tyle, że jednym mijają, a innym nigdy.
Ciągła fascynacja nowościami sprzętowymi. I to bolesne przekonanie, że przyczyną nieudanych fotek, jest li tylko "biedny" sprzęt.

I zaczyna się pogoń - za nowszym korpusem, obiektywem, a później jeszcze nowszym, itd.
Nieszczęśnik zaczyna się miotać pomiędzy pożądaniem, a brakiem pieniędzy. Majaczy, wmawiając sobie, że ten następny aparat, to już na pewno będzie  właśnie - To ! - Święty Graal, mogący zaprowadzić go do Edenu. Jego myśli zaprzątnięte są ciągłymi wyobrażeniami, jakież to wspaniałe zdjęcia będzie pstrykać, wszak z tak absolutnie cudownego sprzętu, tylko takie mogą się pojawić !

O rany !! To chyba o mnie?!!

W pewnym momencie, zauważyłem niepokojące zjawisko - różnica w jakości technicznej zdjęć, pomiędzy tymi z Zenita, a tymi z "wypasionego" Canona, jest na tyle minimalna, że w niczym nie usprawiedliwia potężnego drenażu kieszeni, którego się dopuściłem. A który był skutkiem poddania się presji kolorowych pisemek, obiecujących cuda mające nastąpić, gdy tylko kupię  dany obiektyw.
Rodziło to ciągle tłumioną frustrację. I myśli - "Noo, gdybym miał takie szkło, to dopiero fotkę bym odwalił ! Ludziom, z zachwytu gały by wyszły, a innym wypaliły się z zazdrości !"
Takie durne myślenie jest najlepszym sposobem do porzucenia tego przecież, tak fajnego zajęcia. -"Skoro nie stać mnie na kupienie tego aparatu, czy tego obiektywu, to znaczy, że nie mam żadnych możliwości do wykonania dobrego
zdjęcia !".

Był jednak moment, kiedy zauważyłem, że są pewne istotne różnice pomiędzy zdjęciami wykonanymi przed laty, a tymi obecnymi. Inny sposób kadrowania, inne patrzenie na układające się w kadrze światło, to że często lepiej fotografować wnętrze wykorzystując tylko światła padające z okien, a nie walić lampą, itp.
A to przecież nie jest zależne od sprzętu ! Toż to ja na swój sposób się rozwinąłem!
Hurra !!
Jak dużo trzeba było czasu i pieniędzy, by ta myśl dopukała się do mej mózgownicy !!

Drugim sposobem na zachowanie zdrowego rozsądku jest ciągłe oglądanie się na tych mądrzejszych.
Istnieje wielu ludzi, i starych i młodych, którzy nie dali się zwariować i spokojnie fotografują np. mechanicznymi manualami. Zwłaszcza, jeśli ma się okazję zobaczyć, co ci ludzie potrafią z tych "zabytków" wycisnąć.
Doprawdy, nieraz szczęka mi opadała - "Cooo !! Ta dziewczyna zrobiła to, jakąś tam Prakticą LTL, z jakimś śmiesznym mieszkiem i odwróconym standardem ?! - Jak to do diabła możliwe ?!".

Tak, są ludzie, którzy ledwo wezmą aparat do ręki, a już czynią prawdziwe cuda. Są prawdziwymi mistrzami, lub też mistrzyniami w patrzeniu i dostrzeganiu tego, co najwłaściwsze.
I muszę się z tym pogodzić, że ja do onych nie należę.

Czy to oznacza, że mam sobie dać spokój ? - A w życiu !!

Uwielbiam śmigać na rowerze. Czy to, że nie mam szans prześcignąć pierwszego lepszego zawodnika kolarstwa, ma sprawić, bym zrezygnował i z tej przyjemności?

 

Nerwica natręctw.

Kupiłem nowy obiektyw.
Piękny.
I drogi.
Nawet jakby zanadto.
 
Ale co tam, za piękne rzeczy zazwyczaj dużo się płaci.
Och ! Jakże wspaniale sobie nim pokręcać, zaglądając jednocześnie przez lśniące różnymi kolorami soczewki do jego wnętrza.
Po wpięciu w korpus aparatu, mogę godzinami nim ostrzyć to tu, to tam, bez śladu jakiegokolwiek zmęczenia.

Lecz co to ?!! - Na przedniej soczewce pojawił się dziwny ślad. Może nieopatrznie odetchnąłem w jej kierunku ?!
Co za idiota !!! Jak mogłem być tak nieostrożny ?! Ledwo go kupiłem, a już prawie popsułem !!

Właściwie to śladu prawie nie widać, ale im dłużej się w niego wpatruję, tym jego rozmiary zdają się większe.
Po dwóch godzinach intensywnego wpatrywania i medytowania, wiem już na pewno - w tym stanie, obiektywem absolutnie nie da się fotografować. Muszę czymś to wyczyścić.
Ale czym ?! Przecież wszędzie piszą, że tylko specjalne płyny i ściereczki, że użycie zwykłego spirytusu zniszczy powłoki i wprost przepali soczewkę.
Nie mam wyjścia - wsiadam w pociąg i jadę do wielkiego miasta.
Nie na darmo.

Na butelce zawierającej cudowny płyn do czyszczenia optyki, same superlatywy. Wspaniale czyści on wszelką optykę, idealnie przy tym odparowuje nie pozostawiając żadnych śladów. Amerykańscy chłopcy polerują nim celowniki swoich czołgów, a polscy purpuraci, szyby swoich Maybachów.

Oczywiście, że kupiłem. Ściereczkę z mikrowłókien, oczywiście też. Przecież tak wspaniały obiektyw wymaga ciągłej uwagi i wielu wyrzeczeń.

Przetarłem soczewkę nasączoną szmatką i czekam, aż płyn odparowując, ujawni jej kryształową czystość.

Lecz co to ?!!

Rany boskie !! - Soczewka wygląda, jakby upaćkana wazeliną, lub czymś podobnym ! - Całość, jak nic, została totalnie zniszczona ! - Kurde co robić ?! - Łzy bezsilnej wściekłości same cisną się do oczu. - Może sprzedać ?! - Ale kto to kupi?
Przecież na giełdzie zabiją mnie śmiechem !
- Coś pan ! Tak zniszczony obiektyw, chcesz pan sprzedać ?! - powiedzą
W gardle rośnie gula żalu, a na głowie siwieją kolejne włosy.
No cóż, skoro i tak już popsuty, to zaryzykuję. Przecieram suchą szmatką.
I co za ulga pomieszana z radością !!
Spod szmatki wyłoniła się lśniąca czystością soczewka ! Obiektyw odzyskał tym samym pełną sprawność.

Jednak nie mogę tego tak zostawić. Przecież wszędzie radzą, aby się zabezpieczać.

Tylko jaki kupić ? Że z powłokami, to już wiem, ale UV czy raczej SKYLIGHT 1A.
A jeśli HOYA, to jaki - zielony, czy też brązowy.
Głowa mi pęka od dylematów.
Kupiłem brązowy.
Czytam później, że zielony lepszy - przepuszcza pięć fotonów światła więcej.
A niech to diabli !! Znów porażka.

Nim wkręciłem go na obiektyw, odprawiłem dłuższą ceremonię czyszczenia. Na przemian - raz obiektyw, raz filtr.
Działo się tak, ponieważ w międzyczasie, gdy polerowałem soczewkę obiektywu, jakieś pyłki osiadały mi na filtrze, i na odwrót.
Trochę to trwało, ale po skręceniu w całość wreszcie miałem pewność - pomiędzy filtrem a soczewką nie ma ani molekuły nieczystości.

Na drugi dzień raźno wybieram się w plener, by uskuteczniać sesję zdjęciową.
Jeszcze raz, dla sprawdzenia, wyciągam aparat, ściągam dekielek... i rany boskie !! - Na soczewce, mimo obecności filtra, osiadł pyłek ! Jak to możliwe ?! Tyle trudu na nic !
I co?! Z wypadu oczywiście nici !
Przecież nie pójdę fotografować z pyłkiem na przedniej soczewce !! Taki pyłek zepsuje każde zdjęcie, a co jeśli będzie to akurat najlepsza fotka mojego życia ?!
No i jeszcze szyderczy śmiech znajomych
 - Wiesz nawet fajne te zdjęcia, gdyby nie ten pyłek, który wszystko przysłania.

 

Powyższe zdarzenia i odczucia, choć lekko przejaskrawione, nie są bynajmniej fikcją.
Zdarzyło się tak, gdym do BX20 dokupił zooma 35-70 firmy Pentacon.
Byłem z obiektywu tego baardzo dumny, toteż obchodziłem się z nim, jak z jajkiem.
Dziś samo wspomnienie tamtych zachowań, śmieszy mnie niepomiernie, ale nie wstydzę się tego, i nie wypieram.

W tego rodzaju przypadkach, najlepszym lekarstwem jest zmęczenie. Tak właśnie - zwykłe psychiczne zmęczenie.
W końcu, jak długo można się przejmować, a nawet zadręczać, zwykłymi duperelami.
Zwłaszcza, gdy się pojmie, że nijak się one mają do wyników zdjęciowych.

Przesadna dbałość o sprzęt, to przysłowiowa walka z wiatrakami. Przedmiotu, którego używa się czasami na co dzień, nie uda się jednocześnie utrzymywać w stanie nienagannym.
Wiem, miło jest brać do ręki sprzęt, który wciąż wygląda, jak nowy. Jednak pogoń za utrzymaniem tego stanu rzeczy, ciągłe starania, by nie stwarzać jakichkolwiek zagrożeń dla naszego aparaciku, czynią z nas znerwicowanych niewolników.
Wszelkie plamki, pyłki, zadrapania, urastają do rozmiaru kataklizmów. Wszelkie wyobrażenia, co złego może się zdarzyć, gdy nasz aparat wyniesiemy w gęstą, wilgotną mgłę, czy też gdy spadnie na niego kropelka deszczu, sprawiają, że wiele wspaniałych klimatów, zwyczajnie nam umyka.

Cudów nie ma. Każde urządzenie kiedyś się zepsuje.
Ważne, by uświadomić sobie, że nasz wpływ na odległość czasową tego zdarzenia jest minimalny. Oczywiście można to radykalnie zmienić - zakręcić młynka nad głową i palnąć aparatem o drzewo.
Lecz pomijając tego rodzaju radosne eksperymenty, przy normalnie rozsądnym dbaniu o sprzęt, jaki mam wpływ na to, że np. zużyje się w nim jakaś zębatka, czy też ktoś coś źle zaprojektował, czy zmontował ?
Żaden !
A jeśli tak, to po cóż mi ciągle się zamartwiać o jego stan techniczny ?
 

A Ty, jak sądzisz - masz duży wpływ na sprawność technologii zawartej w Twoim aparacie ?
 

 

Nonszalancja sprzętowa.

Przeciwieństwo zachowań wyżej opisanych.

Było to późną jesienią.
Zacząłem schodzić czerwonym szlakiem wiodącym Kotłem Łomniczki.
Warunki pogodowe kiepskie - dużo chmur, mglisto i czasami lekko deszczowo. Kamienna ścieżka, nie dosyć,
że wąska, to jeszcze mokra i śliska. Objuczony w plecak, statyw i torbę foto, nie mogłem sobie pozwolić na szybki maszerunek, toteż wlokłem się krok za krokiem.
Człowieka z naprzeciwka zobaczyłem dużo wcześniej - wlókł się pod górę równie objuczony, jak ja. Dodatkowo na klacie dyndało mu coś czarnego.
Szalony - pomyślałem - kto w tak skrajnych warunkach odważa się epatować sprzętem ?

Byliśmy może z pięć metrów od siebie i właśnie szykowałem się do manewru mijania, gdy gościu wyrżnął na twarz. Właściwie to nie całkiem. Podparł się w trzech punktach - rękoma i obiektywem aparatu. Kiedy się podźwignął, nastąpiła chwila konsternacji - aparacik nadal wisiał na szyi, ale...upss...obiektyw nadal pozostawał na gruncie.

- Nic się panu nie stało ? - spytałem zaniepokojony
- Nic, nic, wszystko w porządku, tylko cholera, obiektyw mi się urwał
- Wyrwało bagnet, no i obiektyw nieźle wciśnięty - zdążyłem już zapuścić "żurawia" na jego F-801 - teraz takim szkłem, nawet po naprawie, strach będzie pstrykać
- Eee tam, nie będzie tak źle. W serwisie jakoś go posklejają - facet mi prawi - a później puszczę go na giełdę, może na Allegro.

Pozdrowienia dla właściciela Nikona, który tenże obiektyw nabył...

 

Opisane wydarzenie to przykład nonszalancji, połączonej ze zwykłą nieuczciwością.
Osobnik tego rodzaju, w ogóle nie dba o swój sprzęt, a wprost przeciwnie - traktuje go, jako rzecz jednorazowego użytku.
Ale jednorazowego tylko dla niego.
W razie jakichkolwiek usterek, będących często wynikiem jego głupoty, bynajmniej nie odkłada go na domową półkę, ale raźno komuś odsprzedaje.


O ile nerwica natręctw źle wpływa na naszą psychikę, o tyle nonszalancja sprzętowa również źle wpływa na nas wpływa. Zwłaszcza, gdy sprzęt niespodziewanie zawodzi.
 - W czasie burzy piaskowej tylko przez godzinkę nosiłem go wywalonego na klatę, i proszę !! - Już nie działa !! Co za szmelc ! Muszę koniecznie, na jakimś forum wszystkich przed tym modelem ostrzec !

O prawdziwym pechu mogą mówić ci, którzy kupili sprzęt, mający być, według gorących zapewnień w pełni sprawny, a okazuje się, że przeszedł przez łapy takiego "luzaka".
Czegoś takiego, nie życzę sobie i nikomu innemu.

Właśnie z tego powodu, nieuczciwi nonszalanci, tak rzadko kupują używany sprzęt na giełdzie.
Przecież nie po to przed chwilą, odsprzedał  komuś szmelc, by teraz zaryzykować kupno czegoś, pochodzącego od osobnika mu podobnego.
 

To, co opisuję powyżej, to oczywiście skrajne przypadki.

Nikomu nie można zakazać określonych zachowań, zwłaszcza jeśli nie niosą one za sobą krzywdy innych ludzi.
Nie można nikomu nakazać określonych zachowań wobec rzeczy będącej jego własnością.
Zwłaszcza, że są ludzie dbający o swój sprzęt, a mimo to wprost sypie się on im w rękach.
Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale jest to faktem.
Być może, przedmioty wcale nie są takie martwe...

Każdemu wolno potraktować sprzęt bezpardonowo. Jeśli taka Twoja wola - proszę bardzo.
Jednak nie może być tak, by skutki takiego stylu bycia, odczuwał ktoś inny

 

To nie aparat robi zdjęcia, czyli...
to nie pasta czyści zęby.

Spotkałem pewnego człowieka.
Pasjonata fotografowania.
Przynajmniej on tak twierdził.
Zaczęliśmy rozmawiać na różne tematy, ściśle powiązane z tematyką naszego ulubionego zajęcia.
Znajomy, posiadał mnóstwo różnego i zarazem drogiego sprzętu.
I zarazem - sprzęt był jego ulubionym tematem rozmowy.
Wiedział o nim prawie wszystko.
Marka sprzętu, nie była dla niego przeszkodą - czy to Nikon, czy Pentax - wiedział o nich prawie wszystko.
Godzinami mógł porównywać parametry różnych obiektywów, lamp, czy też korpusów.
Gdy rozmarzonym głosem, z wypiekami na twarzy opowiadał o sprzęcie, którego jeszcze nie posiada - zacząłem tracić cierpliwość. Przecież to wcale nie jest ważne - jakieś tam korzystne wartości przysłony, jasności obiektywu, podnoszone wstępnie lustra i inne tym podobne bzdety. Przecież dobry fotograf bierze aparat do ręki - pstryka - i idealna fotka gotowa.
Prawdziwy fotograf jest artystą, a dla artysty wnikanie w niuanse techniczne jest wręcz uwłaczające. Zresztą jest to nawet niemożliwe, wszak dusza artysty jest w tak dużym stopniu przepełniona pięknem, iż na brzydotę zagadnień technicznych zupełnie brak tam miejsca.
Kiedy ma artystyczna cierpliwość się wyczerpała, zaproponowałem, aby pokazał swe super zdjęcia wykonane swym super sprzętem.
Nastąpiła chwila ciszy.
Nieznajomy coś tam wymamrotał pod nosem, i jak niepyszny w pośpiechu czmychnął.
Kolejny maniak sprzętowy, nie potrafiący wykonać jednego dobrego zdjęcia...

 

 

Powyższą historyjkę, czytałem już w wielu wersjach. Dawniej była o aparatach analogowych, dziś o cyfrowych.
Ten sam maniak sprzętowy ciągle prześladuje kolejne pokolenia fotografów artystów. Dręczy ich niczym demon, zmuszając do bezustannej prezentacji swych umiejętności zdjęciowych.
Jednak przesłanie i morał historyjki, wciąż ten sam - Nie przejmuj się sprzętem, wszak wszystko zależy tylko od ciebie. A jeśli skusi cię ciemna strona mocy i zaczniesz wnikać w technikę, twe zdolności ulecą z wiatrem.

Był czas, gdym w to wierzył.
Czas Zenita.
Fotografując tak zaawansowaną lustrzanką czułem się w pełni artystą fotografem. Zagadnienia techniczne zupełnie nie miały dla mnie znaczenia. Pojęcia nie miałem, co to głębia ostrości, i jak się do niej ma otwór przysłony.
Zwyczajnie, kręciłem czasem i przysłoną ufając, że w jakiś cudowny sposób, otrzymana fotka będzie w pełni zgodna z moimi zamierzeniami.

Usłyszałem gdzieś o "szerokim kącie".
To obiektyw dzięki któremu widać na zdjęciu więcej.
Hmm...
Przydałby się taki, zwłaszcza, że w pokoju niewiele można złapać standartowym Heliosem.
Tylko gdzie go znaleźć w miarę tanio ?

Wyruszyłem na bazar, gdzie u Rosjan było wszystko.
I faktycznie, pomiędzy zmiażdżaczem do czosnku, a grzałką do wody, leżą obiektywy.
Różne.
W półprzeźroczystych, plastikowych pudełkach wyraźnie już przykurzonych.
Starając się przybrać minę zblazowanego starego fachowca, pytam:

- Czy dostanę u pana jakiś obiektyw, szeroki kąt ?
- Ja nie znaju, pan sobie zobaczy, pan wybierze - Rosjanin grzecznie odrzekł
Skoro tak, to rozkręcam pierwsze pudełko. Faktycznie - w środku obiektyw.
Tylko jaki ?
Szlag by to trafił, że nie wziąłem ze sobą korpusu !

Począłem go oglądać.
Tylko co tu można wypatrzeć? Z przodu przy soczewce, jakieś cyferki - 85 łamane przez coś tam - nic mi nie mówią.
A w sumie to mam je gdzieś, prawdziwy fachman takie szczegóły ma w głębokim poważaniu.
Dobra, skoro tak, to rozkręcam drugie pudełko.
Ooo ! Ten wyraźnie mniejszy, a z przodu pisze - 37 łamane przez coś tam.

Nadal nic nie wiem...

Obracam oba w dłoniach, coraz bardziej czując, żem ja idiota.
Rosjanin dyskretnie zerka spod oka - a nóż zamierzam czmychnąć z obydwoma ?!
Gorączkowo zaczynam myśleć
- Skoro obiektyw ma widzieć więcej, to jak nic musi być większy. To nawet pasuje - na tym większym pisze 85 - to pewnie kąt widzenia. Ten mniejszy jest mniejszy, ponieważ widzi mniej i nawet cyfry - 37 - to potwierdzają - widzi on w zakresie trzydziestu siedmiu stopni.
No proszę, jakim ja zdolny !
Faktycznie, prawdziwemu artyście wszystko przychodzi samo !

 

- Co się u diabła dzieje ?!!
Już w domu, po wpięciu nowego obiektywu, patrzę w wizjer...
Co tu się czarować - jestem idiotą !

Ale jest szansa na naprawienie błędu.
Wskakuję na motocykl i powtórnie pędzę do Świebodzic.
Uff !
Rosjanin nadal obecny.
Czy powinienem wymienić ?
Powinienem.
Jednak urażona ambicja i zwykły pospolity wstyd, nie pozwoliły przyznać się do błędu.
Dokupiłem zatem ten drugi, tym razem już naprawdę szeroki kąt.

Całe to zdarzenie poważnie mną potrząsnęło. Pojąłem, że bez znajomości zagadnień ściśle technicznych, nic wielkiego tu nie zwojuję.
Ale miało to i swoje zalety - świetny optycznie Jupiter 85/2,0.
Nabyty bezwiednie przypadkowo.
Czy to cudowne zrządzenie losu ?
Odpowiem - Nie ! - Skutek to dyletanctwa i niczego więcej. Równie dobrze mogło to być zwykłe barachło.

Skutki tej historii i nauka z niej wyciągnięta, tkwi we mnie do dzisiaj.
Tamte godziny przesiedziane w miejskiej czytelni, w otoczeniu dziesiątek egzemplarzy archiwalnych miesięczników FOTO i FOTO KURIERA (nic poza tym na rynku ściślej technicznego nie było) i dziesiątki zapisanych notatkami kartek.
I te chwile zdziwienia - Aha ! To o to chodzi !
I te chwile zwątpienia - Kiedyż ja to opanuję ?!

Na me szczęście okazało się, że informacje techniczne, chłonę niczym gąbka.
I parametry techniczne, i zasady robienia zdjęć, i inne niuanse techniczne, zapisywały się we mnie na stałe, bez szczególnego wysiłku.
I mówienie o tym, zdeklarowanie się, że tak - jestem z techniką za pan brat - nie jest mi wstydliwe, a wprost przeciwnie.

A jakie jest prawdziwe zakończenie historii przytoczonej na wstępie ?

Zanim ją dopowiem, muszę sprostować pewien fałsz.
To że maniak sprzętowy był obwieszony drogim sprzętem, ma świadczyć o jego zamożności.
A przecież, kto zamożny - ten głupi i prostak.
Taka była ukryta intencja autora opowiastki.
Świadczy to tylko o lekkim zwichrowaniu psychicznym, ale u artystów to nic niezwykłego.
Maniak sprzętowy wcale nie musi być, ani zamożnym (choć chciałby bardzo), ani też nie jest maniakiem.
To zwykły człowiek, lubiący dużo wiedzieć.

No, a jaki koniec opowiastki ?

Spokojnie poszedłem do drugiego pokoju, by przynieść setki, a może i tysiące różnych zdjęć - dobrych i gorszych, ale istniejących naprawdę.
Gdym z tym wszystkim wrócił...
Artysty już nie było...

 

I nie myśl, że na tym się skończy...

Rozpaczliwie szukając mistrza - już się pisze

strona główna